Startup Weekend, czyli podbijanie Londynu

Startup Weekend jest jednym z filarów "startupowania". Każdy, kto chce stworzyć lepszego Facebooka słyszał o tej imprezie, odbył przynajmniej jedną lub w najgorszym przypadku czytał o projektach które miały tam swój początek.

Moje pierwsze boje na tej imprezie odbyły się trzy lata temu. Z mizernym skutkiem. Upłynęło trochę wody w Tamizie, więc pomyślałem że może czas na następne podejście.



Tym razem zdążyłem kupić ostatni bilet "early bird" po promocyjnej cenie. Szczęście chyba mi sprzyjało, bo pełna cena, o ile nie najwyższa w branży, na pewno spowodowałaby to, że przed kliknięciem “buy" zastanowiłbym się dwa razy.  Europejskie centrum bankowości i finansów znajduje się w bliskiej okolicy kampusu Google, więc tym razem padło na fintech. Pomyślałem że wygrać raczej nie wygram bo na bank pojawi się zastęp ex-bankierów, maklerów i grupki innej maści finansjery. Mimo to zabrałem się za ogarnięcie pomysłu. "Serwis który po wprowadzeniu kwoty, podaniu czasu w miesiącach lub latach pozwalałby na automatyczne stworzenie budżetu, który zawierałby tylko usługi, jakie potrzebujesz w swoim startupie lub domu" - podobno w prostocie siła. Stworzenie mind-mapy i napisanie kilku słów pitch'a to tylko formalność. Do imprezy zostało jeszcze 2 tygodnie. 

Plan był prosty - tym razem zamiast forsować swój na prędce wymyślony projekt; spędzić te 3 dni na zbieraniu reakcji na coś, nad czym pracuję od ostatnich kilkunastu miesięcy - aplikacją pomagającą w pożyczaniu. Jednym z filarów dobrego początku, czegoś co ma szansę zaistnieć na rynku, jest przygotowanie się na ten rynek i zebranie reakcji na to co się tworzy przed wypuszczeniem produktu. Nie ma lepszego miejsca na testowanie pomysłów, niż takie właśnie imprezy. Głównym celem było dotarcie do jednego ze sponsorów - firma ubezpieczeniowej - potencjalnego partnera projektowanej przeze mnie aplikacji. Wygląda na to że wydane £30 zwróci się, nawet jeżeli znowu wrócę na tarczy.

Dzień pierwszy
Piątek
Niedaleko ronda Old Street zaczepił mnie przechodzień. Plecak, kurtka typu "kołdra", w ręce wydrukowana mapa i telefon - wypisz, wymaluj informatyk.
- "Hej, nie wiesz może gdzie jest Bonhill Street?" zapytał spoglądając na mapę, telefon i mnie na raz. 
- "Nie jestem pewien ale chyba po drugiej stronie ulicy" odpowiedziałem pokazując dokładnie przeciwny kierunek do mojego.
Zrobiłem kilka kroków i troszeczkę mi się rozjaśniło - Bonhill Street, to tam gdzie Google Campus. Gość pewnie idzie tam gdzie ja. Szybko podbiegłem i od razu zapytałem
-"Szukasz Fintech Startup Weekendu? Chodź ze mną." Po sekundzie konsternacji i wymiany uśmiechów ruszyliśmy w dobrym kierunku. Szybko okazało się, że każdy ma takie same plany. Bardziej chodzi o skonsultowanie pomysłów z podobnie myślącymi ludźmi z branży, niż start z czymś kompletnie nowym. Przed dotarciem na miejsce wyszło, że nie jest to mój pierwszy Startup Weekend.
-"Poprzednim razem poszło tak sobie, teraz przydałoby się coś wygrać" rzuciłem na koniec

Nasi tu są
Kilkanaście minut po dotarciu na miejsce rozpoczęły się oficjalne powitania i wyjaśnianie co to za impreza, i jak się tu dobrze bawić. Większość zebranych średnio uważała na to co się dzieje na scenie - po cichu rozmawiali między sobą. Okazało się, iż niedaleko mnie siedzą dwie rodaczki. Dużo nas w wyspiarskim światku startupowym, więc nie zdziwiłem się bardzo. Co lepsze okazało się że są tu służbowo - pracują dla jednego ze sponsorów. Są tu żeby podglądać jak impreza przebiega by za niecały miesiąc zorganizować taką samą w Warszawie. Nasi tu są, znajome twarze w publice i gronie mentorów… co może pójść źle? Poszło. 

Rozgrzewka
Żeby rozluźnić i rozruszać zgromadzonych, najczęściej, odbywa się testowe pitchowanie. Całkowicie na luzie, bez żadnej presji, tylko dla zabawy. Tym razem padło na szybkie wymyślenie startupa z podanych dwóch słów. Sala podzieliła się na grupki. Każda miała  pięć minut, na omówienie pomysłu i prezentacji. Mojej grupie przypadły słowa: bitcoin i piwo. Jako, że rzucałem coraz to bardziej dziwne i śmieszne kombinacje zostałem nominowany do przedstawienia ich ze sceny. Pitch położyłem prawie  całkowicie. W miarę na temat mówiłem może 30 sekund... reszta czasu poszła na poukładanie kolejności, pchających się na język rozwiązań i wypatrywanie zegarka z pozostałym czasem. Schodząc ze sceny przypomniałem sobie, że dokładnie tak samo było poprzednim razem. Teraz powiedziałem sobie że prawdziwe pitchowanie musi pójść przynajmniej dobrze.

Pierwsza runda
Dobrnęliśmy wreszcie do tego momentu, dla którego każdy się tu pojawił - oficjalne prezentacje. Stojąc w kolejce do sceny zauważyłem że większość prezentujących to ex bankierzy, maklerzy, zdarzył się nawet doktor matematyki. Nie ma jak dobre wyzwanie. Mam kilkanaście lat doświadczenia w marketingu, od kilku lat udzielam się w światku startupowym, a co najważniejsze - nie mam nic do stracenia. Poprzednia wpadka na scenie roztopiła resztki tremy, pitch poszedł płynnie, dokładnie i na temat.

Genialny pomysł
Serwis który z podanej kwoty, rodzaju zamierzonych wydatków i  linii czasu układałby budżet za ciebie - idealne narzędzie dla zarządzania domowymi finansami, przydatny też dla startupów. Określasz że chcesz przez 3 miesiące wydać nie więcej niż £500 na żywność. W odpowiedzi dostajesz kilka list z opcjami i przycisk zamów. Schodząc ze sceny czułem, że dużego odzewu raczej nie będzie. Szanse powodzenia małe. Nie szkodzi. Plan do wykonania jest inny. Jak założyłem, tak się stało - po prezentacjach niewiele osób pytało o szczegóły. Zamiast skupić się na promowaniu czegoś co raczej nie wypali, wolałem zacząć rozglądać się za projektem do dołączenia.

Znajome twarze
Po wmieszaniu się w tłum natknąłem się na wcześniej poznane rodaczki. Po kilku chwilach okazało się, że Paulina pochodzi z tego samego miasta co ja. Bywaliśmy w tych samych miejscach, a wszystkie drogi prowadzą przez Warszawę. Świat jest naprawdę mały. Miłym zaskoczeniem był też fakt, że pracuje dla wcześniej wspomnianej firmy ubezpieczeniowej. 

Disrupting art
Każda branża ma swoje powycierane, na każdy możliwy sposób, słowa  i slogany. Grywalizacja, asap i disrupt, to te ostatnie nadużywane przez firmy technologiczne. Tego słowa przy prezentacji nie użył Antoine. Następnym plusem było to, że pomysł na umożliwienie każdemu inwestowanie w sztukę, jak w akcje, wydawał się na tyle dziwny, że może wypalić. Zamieniliśmy kilka słów, od razu było wiadomo, iż mamy takie same podejście do tematu.
- "Chcesz się w to bawić?” zapytał. 
- "Znam historię kilku startupów , które się na tym wyłożyły. Oczywiście."

Mon art czyli mieszanie na rynku sztuki
Szybko wpadłem z deszczu pod rynnę. Początkowo prosty pomysł okazał się troszkę bardziej niż skomplikowany. Kilkuletnie doświadczenie w projektowaniu różnej maści produktów to jedno, ale stworzenie czegoś co połączy pasjonatów sztuki z profesjonalistami, a do tego umożliwi im inwestycje w obrazy na zasadach giełdowych, to trochę co innego. Przez ponad godzinę przedyskutowaliśmy główne  założenia, a ja ubierałem to w funkcjonalność. Dość szybko poszło, ale gdy każdy wie o czym mówi zazwyczaj nie trzeba rozwodzić się nad detalami.

Załoga to podstawa
Pod koniec pierwszego dnia Monart składał się z czterech biz-devów, dwóch developerów, product dezignera i doradcy prawnego. Trochę rąk do pracy jest. Wszystkie dziedziny potrzebne do wystartowania z prawdziwą firmą obstawione. Chwilę porozmawialiśmy na temat podziału zadań i rozeszliśmy się do domów. Londyn bez turystów, korków i zapchanego metra to naprawdę fajne miasto. Szkoda, że można doświadczyć tego dopiero grubo po północy w Piątek.

Dzień drugi 
Hej, co robisz?
Na dzień dobry określiliśmy, co mamy dziś zrobić; daliśmy sobie 4 godziny na pokazanie efektów i zaczęliśmy pracę. Chwilę później załoga biz-dev wyparowała. Nie bardzo mnie to zaaferowało- miałem swoją działkę do ogarnięcia.
- "Hej, co robisz?" - padło zza ekranu laptopa.
- "Mindmapę z sesji planowania trzeba ubrać w wireframe. Mam już dane statystyczne na temat potencjalnego rynku, więc archetypy użytkowników to prawie formalność. Skorzystamy z przerobionego przeze mnie skeletona żeby responsy..."
- "Nie, nie o to mi chodziło. Co robisz na co dzień?" - Karan doprecyzował.
- "Przepraszam, myślałem ze pytasz o teraz. Startupuję, próbuję fajne pomysły doprowadzać do używalności, czasami nawet z wynikami. Na co dzień branża hazardowa, zmieniam brzydkie kasyna w mniej brzydkie. Ostatnio nawet udało mi się zrobić coś , co przebiło konkurencję - pierwszą responsywną aplikację dla bukmacherów." - Nigdy nie potrafiłem się streszczać, więc nie było powodu żeby zacząć teraz.
- "Acha... czyli strony internetowe ?"
- "Tak. Po destylacji tego, co powiedziałem tak."
- "Ja pracuję w banku. Aktualnie zarządzam troszkę ponad 250 milionami funtów moich klientów. Wiesz, emerytura jest ważna a ja dbam o to żeby nie była mała."
Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego tak dobrze nam się pracuje - każdy z załogi ma za sobą lata doświadczeń w swojej dziedzinie. Dość szybko rozmowa zeszła na temat, co kto robił wcześniej i okazało się, że pracują razem: bankier, inwestor z Techstars, połowa biz-dev’u z jednego z najpopularniejszych startupów mikropłatnościowych, właściciel startupu dla biegaczy i student filozofii. 

Claude Monet
"Kupiliśmy oryginalnego Monet’a"
- “Jak to kupiliście oryginalnego Monet’a???” - wypowiedziane tonem prześmiewczego niedowierzania zabrzmiało o wiele bardziej nie na miejscu, niż zamierzone. Tak bywa kiedy po kilku godzinach siedzenia nad funkcjonalnością, brandingiem, klipem video, początkami prezentacji, wyrywa się kogoś taką informacją. 
- “Tak, galeria z Nowego Yorku, do której zadzwoniliśmy godzinę temu, dostarczy nam oryginalnego Monet’a do naszej pierwszej aukcji.”
- “Ok, z tym Monet’em to było już daleko, ale galerią to już przejechaliście. Ukryta kamera czy jak?” Dalej nie bardzo wierzyłem w wyniki.
- “Bez jaj, na 100%, do tego obskoczyliśmy okoliczne galerie i okazało się że nie będzie problemu z obrazami poniżej £50.000 a na te za £500.000 będziemy musieli trochę poczekać."
Biz dev. Ktokolwiek zaczyna bez tej części startupa długo nie pociągnie. Mając takich w załodze pewnie udałoby się sprzedać Tower Bridge amerykanom.

Drugie dno
Całe drugie piętro Campusu Google było zapełnione po brzegi ludźmi pracującymi  w weekend, za darmo, nad projektami które statystycznie rzecz biorąc raczej daleko nie zajdą. Nikt nie narzekał. Co gorsza większość, oprócz stworzenia startupu w 54 godziny, próbowała zebrać jak najwięcej opinii na temat swoich pomysłów lub działających już produktów. Zdarzało się ze w kolejce po żelki i wodę gazowaną powstawały nowe projekty.  Nikt nie wymieniał się NDA. W ruch szły wizytówki lub telefony.

Dzień trzeci
Późny start
Jak zwykle w weekend zaspałem. Wymówką było to ze po dotarciu do domu złożyłem 15 sekundowe video. Nic wielkiego - tylko zgrabną opowiastkę , o co w naszym startupie chodzi wraz z muzyką i lektorem. Wyszło na tyle dobrze że od razu daliśmy to na facebooka i twittera.

Pobojowisko
Dotarłem na Bonhill około 11:00… Oczom przedstawił mi się obraz po bitwie. Na wygodniejszych płaskich powierzchniach porozkładane były ciała poprzykrywane kurtkami. Przez noc rozpadły się dwa teamy. W kilku wykruszyło się parę osób. Moja załoga jakby nigdy nic dalej robiła swoje. Okazało się ze biz dev nie zszedł z posterunku i przez noc dopięli biznes plan.

Prezentacje
Około 14:00 jeszcze żyjący zebrali się w auli na parterze. Z listy wynikało ze prezentujemy się jako prawie ostatni. Trochę nas to pocieszyło. Będzie czas na podpatrzenie konkurencji i poprawienie pitch'a. Dobry humor zgasł po pierwszych pięciu - były to prezentacje prowadzone przez profesjonalistów opowiadających o już działających appkach. Coś chyba jest nie tak. Nawet, jakbyśmy bardzo chcieli nie damy rady konkurować z czymś co jest już na rynku.

Wyszczekanie
Jako, że publiczne przemawianie nie jest moją mocną stroną, nawet nie próbowałem dostać się na scenę. Zamiast tego robiłem zdjęcia z widowni. Przy okazji udało mi się niechcący podsłuchać, co publika mówi o naszym projekcie. Antoine i Octave bez zająknięcia przebrnęli przez pierwsze 5 minut prezentacji. Później było już tylko lepiej. Od założeń przez biznes plan po stworzone narzędzia - wszystko zgrywało się w zgrabną całość. Wisienką na torcie było to, że przez noc kilkanaście osób chciało zainwestować w “naszego” Monet'a. Sędziowie  próbowali znaleźć problemy z modelem inwestycji, zwrotem zysków, użytecznością serwisu. Wszystkie pytania były przewidziane. Dobrze kiedy załoga wie co robi i potrafi to pokazać. 

And the winner is...
Patrząc na konkurencję nie mieliśmy za dużych nadziei. Byliśmy jedną z niewielu załóg, która swój produkt tworzyła wyłącznie w czasie trwania Startup Weekendu. Wiele można było poprawić, dodać, ująć, podszlifować. Tak jak przewidzieliśmy, pierwsze nagrody rozeszły się do teamów które pracowały ze sobą wcześniej. Przed ogłoszeniem nagrody głównej, ja i Andrew, popatrzyliśmy po sobie... prawie w tym samym czasie powiedzieliśmy “Good luck!” i wyciągnęliśmy ręce do przybicia piątki. Kilka rzędów krzesełek zaczęło się śmiać. 

Moja sztuka
"Głównym powodem, dla którego chcemy wręczyć wam tą nagrodę jest to, ile przez jeden weekend, wyjątkowe 54 godziny, zdołaliście osiągnąć. Nie często zdarza się, żeby projekt przeszedł przez fazy pomysłu, walidacji, początkowej sprzedaży i stworzenia marki w tak krótkim czasie” - Bindi Karia, przedstawicielka VC Microsoft BizSpark i Silicon Valley Bank, słodziła komuś ze sceny. “Aviva Innovation Fin Tech Startup Weekend wygrywa... Monart!"

Ulga
Troszeczkę czasu zebrało nam znalezienie się na scenie. Nie przeczuwając wygranej połowa załogi była w trakcie sprawdzania sposobów dotarcia na afterparty siedząc niedaleko wyjścia. Po obowiązkowych uściskach dłoni, gratulacjach i podziękowaniach ktoś z nas nieśmiało zadał pytanie - “A co dokładnie wygraliśmy?”. Chyba bardziej od nagród zależało nam na znalezieniu najbliższych szklaneczek z ginem i tonikiem. Pól godziny później wszystko było już jasne. Każdy miał swoją paczkę darów losu i stos wizytówek. 

Co dalej
Zamiast od razu skierować się do klubu , na planowane świętowanie z organizatorami, zahaczyliśmy o pub The Fox na Paul Street. Na spokojnie przedyskutowaliśmy co dalej z Monart, kiedy następne spotkanie i co robimy, żeby po dobrym początku spróbować na poważnie. Po ochłonięciu okazało się że poświęcony czas zaowocował projektem, który może namieszać na rynku sztuki i zarządzania majątkiem. Załoga wybrała środy na cotygodniowe spotkania, podzieliła się zadaniami i skierowała się do wyjścia celem dotarcia do The Hoxton na afterparty.

Pół roku później
Monart przeszedł kilka zmian. W podejściu do tematu pozyskiwania sztuki i dostępnych metod inwestycji w to co uda nam się pozyskać dla naszych użytkowników. Byliśmy na aukcjach w Bonhams i Sotheby’s. Poznaliśmy szczelnie zamknięty światek handlu antykami. Kilka planowanych metod zarabiania okazało się niepraktyczne. Kilka nowych dało nadzieje na dociągnięcie projekcji finansowych do założonych kwot. Wydawało się, że Monart będzie miał szansę na rynku. Załoga powoli zaczęła się wykruszać, kilku z nas straciło entuzjazm, co do powodzenia projektu, zaczęły się tarcia co do udziałów i wkładu w projekt. Po zmianie nazwy temat inwestowania w obrazy ucichł. 

Warto
Okazało się że w 54 godziny nadal można tworzyć projekty które mogą podbijać skostniałe rynki. Nie ma lepszej metody na poznawanie przyszłych partnerów biznesowych. Startup Weekend to jedna z niewielu okazji, gdzie płaci się za przepracowanie wolnego weekendu a na koniec z zadowoleniem chce się więcej. Tak jak w moim przypadku cała zabawa może prowadzić do całkiem poważnych projektów. Jeżeli mało Ci pracy w pracy bardzo polecam przeżycie tego na własnej skórze.
Trwa ładowanie komentarzy...