O autorze
Londyńczyk z wyboru, libertarianin z przekonań, kołnierzyk z przymusu. Na co dzień trybik machiny medialnej w stolicy finansistów, startuper zainteresowany wszystkim od fintech po wearables. Od czasu do czasu reporter.

Szokujące, cała prawda o start-upach!

Brak profesjonalnego podejścia mimo lat doświadczenia w zawodzie. Chęć wpływu na coś, co można by górnolotnie nazwać ruchem społecznym. Oraz wirtualne zrozumienie dziedziny. Tak najczęściej wygląda artykuł na temat start-upów.

Żeby udowodnić wcześniej postawioną tezę na początek trzeba podać kilka oczywistych przykładów na falstart lub po prostu przekręt. To czy takie przykłady będą obrazowały złożony temat jakim są start-upy raczej nie jest ważne. Najlepiej posłużyć się czymś co pokaże że w jakiś sposób płacimy z własnych podatków za dobrą zabawę dzieci bez doświadczenia. W ostateczności mogą być dotacje unijne. Trzeba wypunktować że kilka takich firm już działa na rynku lub zdążyło już upaść. Mocny początek artykułu murowany

Wyliczenie na pierwszy rzut oka oczywistych problemów pokieruje czytelnika w stronę powątpiewania w sens tych całych start-upów więc można sobie poużywać - że pomysł jest za bardzo niszowy, że jest za mało niszowy, był kilka razy wałkowany, już jest Uber a o Facebooku nie wspomnę.

Jak już kilka ciosów poleciało można uraczyć publikę prawym sierpowym - opinią biznesmena. Najlepiej takiego z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem. Obytego w bojach na rynkach “brick and mortar” a jak i w handlu zagranicznym. Nie musi mieć nic wspólnego z jakimkolwiek z rynków popularnych wśród start-upów. Przecież od lat zatrudnia, płaci podatki, sprzedaje to wie.

Przeciwnik prawie na deskach więc teraz można zająć się podkopaniem podstaw. Łatwiej chyba nigdzie nie ma bo każdy wie że start-upowiec to jeżdżący na longboardzie (albo gorzej - boostedboardzie) młodzik w trakcie studiów muzykologii z głową pełną pomysłów i pieniążkami na życie od mamy i taty. Jak poważny obywatel mógłby nawet rozważać zainwestowanie w kogoś takiego. To niedorzeczne, skupmy się na poważniejszych biznesach takich jak sadownictwo.

Po przeciwniku została już mokra plama. W niczym to nie przeszkadza pobabrać się w popłuczynach. Można przecież opisać w jaki sposób start-up upaść musi. Wyciągnąć te wszystkie kosmiczne wyceny nieistniejących jeszcze gigantów, obśmiać brak doświadczenia w czymkolwiek kadry zarządzającej tym Titanikiem.

W poczuciu dobrze napisanego artykułu można zakończyć stwierdzeniem że to i tak się nie uda, jak pracować to w korporacji i od 15 roku życia. Najlepiej to zatrudnić się w jednej na cale życie, nie wychylać i zarabiać na emeryturę swoją i następnego pokolenia wykonując swoją pracę sumiennie i bez większego zaangażowania. Pracownik i ZUS przecież będzie w końcu zadowolony. Bo jak nie to przyjdzie bańka, krach i niczego nie będzie .

Słowem wyjaśnienia.


Jeżeli zasiada się do pisania o czymś tak złożonym jak start-upy przydałoby się spędzić dłuższy czas na zbadaniu o co w tym szaleństwie chodzi. To jest szaleństwo bo jak inaczej można nazwać branżę która sama sobie serwuje takie infografiki:



Start-up jest start-upem tylko do inkorporacji, potem jest to firma taka jak inne. Start-upem nie jest pomysł, landing page i CEO w opisie na Facebooku. To że 99% start-upów upada to nie specyfika naszego rynku, tak dzieje się na całym świecie. Wyciąganie skrajnych przypadków żeby udowodnić tezę obrazującą wady całej branży jest przykładem na leniwe dziennikarstwo.

Start-upy dają zatrudnienie nie tylko pracownikom ale całemu ekosystemowi który się wytworzył na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. Inne podejście do wynajmowania biur ożywił dzielnice miast gdzie wcześniej nie było mowy o jakiejkolwiek aktywności komercyjnej. Księgowi, agencje kreatywne, softwarehouse’y nie narzekają na zamówienia.

Start-upy poradzą sobie mimo kolejnego obwieszczania zagłady na rynkach lub rychłego wybuchu bańki finansowej. Jedyne co może martwić to ciągłe zniechęcanie rodzimych angel investorów do prób wspierania tych pomysłów które mają szansę zawojować więcej niż rynek lokalny. Zawsze możemy dać zarobić londyńskim Square Mile lub City a do przysłowiowego sillicon valley też jest niedaleko.

Kilka podstaw


  • Wiek to nie problem, zakładając Facebooka Mark Zukerberg miał 19 lat.
  • Rożne pomysły mają szanse na sukces. Czat na stronie z podcastami przerodził się w coś co teraz nosi nazwę Twitter
  • Chwalebne i przerysowane nagłówki w gazetach tworzą zakłamany wizerunek pozycji start-upów. Dość często agencje PR muszą prostować to że start-up X nie podbija Azji a start-up Y nie jest jedynym w swoim rodzaju tylko dość oryginalny na rynku lokalnym.
  • Każdy start-upowiec wie że zaczynając ze swoim pomysłem (nawet bardzo oryginalnym) jest duża szansa że kilkanaście innych firm z całego globu robi już to samo i jest o wiele dalej na ścieżce rozwoju.
  • Powielanie sprawdzonego pomysłu nie jest błędem. Pamięta ktoś _myspace? Taki Facebook tylko inaczej.
  • Powielanie sprawdzonego pomysłu jest dobrą metodą na zostanie dużą rybą w małym akwarium do czasu kupienia przez oryginalnego wieloryba.
  • Angel Investor, akcelerator lub inkubator nie zainwestuje w każdy pomysł.
  • Ogólna średnia wieku założycieli firm to 40 lat, nie odbiega to od średniej wśród firm technologicznych - 35 lat.
  • Przeciętny CEO start-upa ma o wiele ciekawsze zajęcia od oglądania telewizji i nawet nie oglądając serialu Silicon Valley wie że “spray & pray” to metoda na inwestowanie małych sum w dużą ilość pomysłów a nie rozsiewanie PR'u.


ps. chciałbym mieć do sprzedania 10% akcji Zyngi lub Zenefits za cenę z dnia wejścia na giełdę niż 100% akcji kopalni węgla.
Trwa ładowanie komentarzy...